cała prawda o miasteczku
Grzybopedia – czyli cała prawda o grzybach, część III – Muchomor czerwony. 20 października 2022. Zacznę od odczarowania śmiertelnej legendy jaka narosła wokół tego gatunku. Muchomor czerwony (ten klasyczny, czerwony białym nakrapiany: właśnie Amanita M.) stricte trujący nie jest, choć może powodować zatrucia. Trujący jest
Cała prawda o szczepionkach. Kamil Nadolski. 10.10.2020 12:28. W obliczu pojawienia się nowych szczepionek na COVID-19 bardzo głośno wybrzmiewają głosy tzw. antyszczepionkowców. Uważają oni, że szczepionki są niepotrzebne, a nawet szkodliwe: wywołują choroby i powodują zaburzenia rozwojowe, takie jak autyzm.
INSTA - https://www.instagram.com/btwjuliettTIKTOK - https://www.tiktok.com/@btwjuliettZapytania biznesowe:btwjuliett@stormmedia.gg
Mini-przewodnik po Erice – miasteczku mgieł na Sycylii. Erice, Erice… To miasteczko bardzo nas przyciąga. Taniec mgieł. Cisza brukowanych uliczek. Pokryte gdzieniegdzie mchem domki z kamienia pamiętającego czasy antyczne. Wszechobecna atmosfera tajemnicy. Mityczność. Górski szczyt z widokiem na obłędną przyrodę.
Prawda o Gierku. Tymoteusz Kochan. 25 kwietnia 2022. Historia ma skłonność do bycia reprodukowaną tylko wtedy, kiedy jest komuś potrzebna lub ideologicznie pożyteczna. Nie inaczej jest z historią polskiego realnego socjalizmu i Edwarda Gierka. Dodany ostatnio do oferty Netflixa film „Gierek” z pewnością należy pochwalić za to
Site De Rencontre Pour Mariage International. Niedaleko stąd jest miasto Sambor i Rudki. Najbliżej natomiast było do powiatowego miasta słoneczny dzień 1 września bardzo głęboko zapadł w pamięci ośmioletniego chłopca, którym wówczas byłem. Napiszę więc tak jak to wtedy przeżywałem wspólnie z Rodzicami, Babcią i Sąsiadami. Wszyscy byli bardzo przygnębieni i pełni niepewności, co z nami będzie. Mamy przecież wojnę, przyjdą ciężkie czasy, czy damy radę Niemcom pomimo uspokajających komunikatów płynących od władz. Niestety, z upływem czasu przyszło załamanie, że tak szybko postępują Niemcy i wnet do nas przyjdą, gdyż były bombardowania Lwowa, a i u nas było słychać warkot samolotów. Tymczasem stało się coś czego nie mogłem zrozumieć, gdyż przyszło jakieś dziwne wojsko, z karabinami często na sznurkach. Na głowie mieli spiczaste czapki bez daszka, przylegające do twarzy, z czerwoną gwiazdą na czole. Bałem się ich, gdyż wygląd i rysy ich lic nie przypominały naszych ludzi. Rodzice nie puszczali mnie z domu, gdyż Babcia przyniosła wiadomość, że mają nas za wrogich kułaków, których trzeba rozparcelować. O ile pamiętam, nie mieliśmy setek hektarów, ale nie byliśmy też biednymi małorolnymi sobie, że Niemcy jednak przyszli. Powstała dywizja SS Gałyczyna, czyli SS Galizien i zaczęła się eksterminacja ludności polskiej z rąk nacjonalistów, czyli szowinistów ukraińskich. Dla mnie też było to niezrozumiałe, gdyż jak dotychczas żyliśmy w zgodzie z Rusinami. Obchodziliśmy tzw. ruskie święta, a oni polskie. Pamiętam, że przyjaźniłem się z dziećmi sąsiadujących Rusinów. Bawiliśmy się razem, użyczałem im roweru, co wówczas dla chłopców było bardzo ważne. Na Święta Bożego Narodzenia przynoszono do chałup słomę, co dla mnie było atrakcją i zachęcało do zabaw na podłodze, czy klepisku ze słomą. Ja też zapraszałem niektórych kolegów na świąteczny poczęstunek w naszym domu. Wobec napływających wiadomości o coraz bardziej okrutnych mordach na ludności polskiej nie mogłem uwierzyć, że w mieszanych małżeństwach mąż, teraz Ukrainiec, musiał zamordować żonę Polkę. Czy też w okrucieństwa zadawane Polakom przed mieszkające we Lwowie donosiło o morderstwach na polskich profesorach dokonanych przez studentów ukraińskich. W oparciu o SS Gałyczyna i SS Galizien nastąpiła eksterminacja polskiej inteligencji i ludności polskiej pozostawionej samej sobie. Wraz z rodziną żyłem w strachu, czy i nas nie obejmie ta eksterminacja. W międzyczasie bowiem Niemcy aresztowali Ojca, a jedynymi obrońcami pozostały trzy psy. Jeden dorodny doberman szkolony jako pies obronny pilnował wejścia do domu i obejścia. Nad ranem pewnego dnia został jednak zastrzelony przez tych, którzy i nas chcieli zlikwidować. Matka i Babcia miały bowiem ostrzeżenia. W związku z tym Mama natychmiast spakowała najbardziej potrzebne rzeczy, wynajęła furmankę od zaprzyjaźnionego Polaka i wraz z bratem, jeszcze niemowlęciem, wyjechaliśmy do Rudek. Było to rodzinne miasto Matki. Mieszkały tam jeszcze siostry Mamy. Jedna mieszkała z Dziadkiem i miała nieduże gospodarstwo, a Dziadek opiekował się sadem i hodował pszczoły. Były więc warunki mieszkaniowe i ekonomiczne, aby dać nam schronienie. Druga Ciocia mieszkała z mężem w niewielkim mieszkaniu, ale życie rodzinne kwitło i często odwiedzaliśmy się. Ta druga Ciocia była moją matką chrzestną i wraz z Wujkiem częstowała nas słodyczami. Pewnego razu zapytała kilkuletniego młodszego Brata, czy jadł cukierki. Na co Brat odpowiedział, że często jada cukierki bobowe. Ja chodziłem tu do szkoły podstawowej, pomagałem w gospodarstwie i jako członek kółka ministrantów pilnie służyłem do Mszy Świętej przed ołtarzem, w którym królowała łaskami słynąca Matka Boska Rudecka. (…)W Rudkach też doznałem silnego przeżycia, gdy wyszedłem po drabinie na strych nad oborą. Nagle poruszyło się tam zgromadzone siano. Po chwili z tej sterty wyłonił się oblepiony sianem nieznany człowiek. Przestraszony, pobiegłem do Cioci z pytaniem, kto to jest. Ciocia wyjaśniła mi, że trzeba pomóc ludziom, którzy ukrywają się przed Niemcami podobnie jak Ojciec. Powiedziała, że nie wolno mi nikomu o tym mówić, gdyż Niemcy rozstrzelaliby nas wszystkich. Zdradziła, że ukrywają się tam znajomi i zaprzyjaźnieni Żydzi, którzy niegdyś u niej mieszkali i że w pełni zasługują na to, aby ich przechować. Powiedziałem, a właściwie przyrzekłem, że nikomu o tym nie powiem. I tak się stało, gdyż jako chyba 11- czy 12-letni chłopiec w pełni to rozumiałem. W międzyczasie Rodzice porozumieli się z kuzynką Matki, która zachęcała nas do przyjazdu do wsi Słomka tuż obok Mszany Dolnej. Ciocia była lekarką i żyła samotnie, gdyż Niemcy aresztowali jej męża, który chyba zginął. Nie przypominam sobie szczegółów podróży do Słomki. Pamiętam, że było też z nami znajome małżeństwo z Rudek. (…) Zamieszkaliśmy w małym drewnianym domku blisko drogi, użyczonym przez bardzo dobrych i przychylnych nam gospodarzy - państwo Wystarczyków, z których synem Zygmuntem i jego Rodziną mieszkającą w Nowym Sączu przyjaźnię się do dziś. Razem pasaliśmy krowy jego Rodziców i zbieraliśmy grzyby u podnóża góry Lubogoszcz. Jak mogłem, starałem się pomagać Rodzicom i Cioci lekarce, która wyjechała stąd jeszcze przed wyzwoleniem spod niemieckiej okupacji. Miałem wtedy już tyle siły, aby mleć na żarnach pszenicę i żyto na mąkę. Matka używała jej do pieczenia chleba i innych spożywczych uczęszczałem na tzw. tajne komplety, które prowadził dr Sebastian Flizak, wspaniały człowiek i nauczyciel, późniejszy dyrektor Muzeum w Mszanie Dolnej. Przerabiałem wtedy pierwszą i drugą gimnazjalną. Nieraz jadąc do Bielska specjalnie wybierałem drogę przez Mszanę Dolną, aby odwiedzić Profesora Flizaka i ofiarować mu bardzo dobry gatunek kawy oraz zapytać o zdrowie. Przy tej okazji dowiedziałem się, że Profesor Sebastian Flizak wykładał również w Sanoku i uczył moją Żonę. Dożył sędziwych lat i pozostał w pamięci wdzięcznych uczniów oraz mieszkańców Mszany Dolnej i okolic oraz sanoczan. Dopiero w Słomce, obecnie dzielnicy Mszany Dolnej, zdaliśmy sobie sprawę, że pomimo serdecznej, rodzinnej atmosfery w Rudkach, żyliśmy na przysłowiowej beczce prochu. Na szczęście, dobrze się to zakończyło. Dowiedzieliśmy się, że Cioci udało się przechować żydowską rodzinę, co ucieszyło nas zbliżała się powoli do końca. Armia Czerwona nacierała wzdłuż szosy od Limanowej do Mszany Dolnej i Nowego Sącza w kierunku Krakowa. Mieszkając przy tej szosie znaleźliśmy się na linii frontu. Część mieszkańców uciekła do krewnych w pobliskich wioskach. My natomiast nie mieliśmy takiej możliwości, ale zostaliśmy zaproszeni do piwnicy solidnego murowanego domu, trochę cofniętego od szosy. Przebywało tam kilkanaście osób wraz z moją rodziną. Ta cała poniewierka, jak pamiętam, trwała cały tydzień. Rosjanie nie mogli sforsować zapamiętale broniących się Niemców. Na wzgórzach nad szosą rozlokowano gniazda karabinów maszynowych i strzelców wyborowych, a od strony przydrożnych domów rozmieszczono broniących tego odcinka Niemców. Już o zmroku zapalali stare, opuszczone chałupy, oświetlając tym samym szosę. Nastrój nas, oczekujących na wyzwolenie, coraz bardziej się pogarszał, narastało poczucie zagrożenia życia, gdyż coraz bliżej naszego schronienia paliły się domy. Wśród salw karabinowych i pojedynczych strzał armatnich odmawialiśmy modlitwy, a szczególnie różaniec. Jedna z kul armatnich trafiła w poddasze naszej kamienicy, wyrywając z przeraźliwym hukiem znaczną dziurę w murze. Zaczęło też brakować żywności. Najbliżej mieszkający przemykali do swoich domów, aby coś przynieść i równocześnie nakarmić domowe zwierzęta. Mężczyźni zaczęli gromadzić wodę w różnych pojemnikach, aby w razie pożaru bliskiego domu bronić się przed ogniem. Zaczęło to wszystko wyglądać wręcz beznadziejnie i tragicznie. Rosjanie od prawie tygodnia nie mogli przełamać tego odcinka frontu, a nam groził pożar pobliskiego domu, i to już następnego wieczora. Zestresowani uczestnicy naszego schronienia dyskretnie obserwowali przez małe przyziemne okienka piwniczne, co się dzieje na pobliskiej szosie. Podejrzewano, ze zbyt długo trwający brak postępu na tym odcinku frontu wymaga zastosowania jednak duże szczęście, bo w dniu zagrażającego nam pożaru okolicznego domu usłyszeliśmy warkot czołgowych motorów i wreszcie ukazały się pierwsze czołgi. Patrzący ostrożnie przez małe okienka piwniczne zauważyli i usłyszeli huk trafionego pancerfaustem czołgu. Zaczajony w przydrożnym rowie Niemiec w ten sposób zaatakował jeden z pierwszych czołgów. Za chwilę wpadł do piwnicy radziecki czołgista trzymający pistolet gotowy do strzału i zawołał: "Giermańców u was niet?". "Niet, niet" - odpowiedzieliśmy. A on: "Wot ja tak z tretiej maszyny, dajtie wodu". I zauważył wodę w wiadrze. Wziął więc oburącz to niepełne wiadro wody i pił łapczywie, a następnie szybko wyszedł. Okazało się, że czołg został trafiony w tylną część i dlatego na miejscu zginął strzelec, a jego kolega został ciężko ranny i znalazł się w polowym jak za czołgami biegła sowiecka piechota z okrzykami "hura, za rodinu, za Stalinu!", strzelając do uciekających Niemców, którzy zza domów i różnych zasłon sprytnie się ostrzeliwali, zabijając i raniąc trochę na oślep biegnących Rosjan. Fragmenty tej bitwy można było obserwować ukradkiem i z boku przez te małe piwniczne okienka. Strasznie to wyglądało, ale po przejściu frontu zapanowała radość, że jesteśmy wolni i uszliśmy z życiem z tych tragicznych zdarzeń. Następnego dnia, gdy front przesunął się za Mszanę Dolną, poszedłem z kolegami, wraz z Zygmuntem, z którym schroniliśmy się w piwnicy, oglądać zniszczony czołg. Wokół niego i na okolicznym polu znaleźliśmy szczątki osobistych rzeczy chyba tego, który zginął. Pamiętam jakiś mocno zniszczony portfel i strzępy ubrania. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie, wtedy 13-letnim chłopcu, wizja lokalna na wzgórzach za szosą, gdzie były gniazda strzeleckie. Ostrzeliwały one głównie szosę i miejsca, gdzie toczyły się walki. Wyzwolenie bowiem spod okupacji niemieckiej w tym zakątku kraju nastąpiło, jak sobie przypominam, wczesną wiosną 1944 roku. Szliśmy po przemarzniętej ziemi z niewielką ilością śniegu. Widok był makabryczny, gdyż poza leżącymi zwłokami Niemców, w niektórych okopach siedzieli żołnierze jak żywi, trzymający broń i tak zastygli po śmiertelnym strzale. Rosjanie chcieli ich obejść od góry i - jak widzieliśmy - częściowo to się udało. Były bowiem również i zwłoki żołnierzy był członkiem zespołu organizującego pochówek zabitych żołnierzy i przywracającego w miarę możliwości normalne życie w wiosce. Znał się też na chorobach zwierząt gospodarskich, a w szczególności koni. Niektóre z nich wymagały wyzwoleniu Krakowa pojechaliśmy do trzeciej najmłodszej Siostry Matki mieszkającej w Prokocimiu. Stamtąd chodziłem do szkoły średniej im. Tadeusza Kościuszki w Podgórzu. Był to spory kawał drogi, który pokonywałem pieszo. Skończyłem drugą i trzecią klasę gimnazjalną, a resztę, łącznie z maturą i studiami lekarskimi, kończyłem już w Bytomiu. Tam dostał pracę Ojciec i ściągnął nas na Śląsk. Było tam dużo kresowiaków i układało nam się dość dobrze.
Międzynarodowy Święty Mikołaj Starszy mężczyzna, z długą białą brodą, dużym brzuchem i czerwonym strojem to postać znana nam wszystkim. Nie ma co ukrywać, wyczekiwany jest przez wszystkich, zarówno dzieci jak i dorosłych – mowa oczywiście o Świętym Mikołaju! Według legend wraz z elfami zamieszkuje on Laponię lub biegun Północny. To tam przez cały rok przygotowuje prezenty, a w okresie świąt Bożego Narodzenia rozwozi je, ciągniętymi przez zaprzęgi reniferów saniami. Z okazji zbliżających się „Mikołajek” warto zadać sobie pytanie, skąd wziął się Święty Mikołaj? MIKOŁAJ – historia prawdziwa Przedstawiony wyżej obraz świętego Mikołaja to wyłącznie komercyjna kreacja, która została stworzona przez popkulturę i branżę handlową. Kim był zatem w rzeczywistości? Święty Mikołaj, nazywany był biskupem Miry, urodził się w Patarze, na terenie obecnej Turcji, prawdopodobnie w roku 270. Pochodził z zamożnej rodziny, co pozwalało mu pomagać uboższym, bez ograniczeń. Mimo to, od dziecka cechował się skromnością i ogromną pobożnością. Jego wrażliwość na potrzeby biednych sprawiła, że po śmierci rodziców rozdał cały swój majątek. Wiele niesamowitych czynów i wyjątkowych historii biskupa Miry przyczyniło się do jego beatyfikacji i na zawsze rozgłosiło imię Mikołaja jako orędownika biednych i potrzebujących pomocy. Co ciekawe św. Mikołaj jest również patronem marynarzy! Biskup Mikołaj zmarł 6 grudnia, prawdopodobnie około roku 346. Już chyba dla wszystkich jest jasne, dlaczego akurat 6 grudnia obchodzimy mikołajki. ŚWIĘTY MIKOŁAJ na świecie Wizerunek Świętego Mikołaja rozpowszechnił się na całym świecie. Każda tradycja z nim związana jest inna i bardzo ciekawa. Poznajcie kilka z nich! Sinterklaas w Holandii Sinterklaas, czyli odpowiednik polskiego Mikołaja przez większość roku mieszka w Hiszpanii. Razem z grupą pomocników do Holandii przypływa na łodzi 5. grudnia. Przemieszcza się trasą wodną, ale porusza się także na białym koniu. Witany jest bardzo uroczyście, dzieci śpiewają dla niego piosenkę „Zie ginds komt de stoomboot” („Przybywa parostatek”). Odwiedza każde miasteczko, oblegany przez dzieci, które czekają na werdykt. Sinterklaas ma bowiem wielką księgę, w której zapisane są imiona grzecznych dzieci oraz takich, które w tym roku nie zasłużyły na prezenty. W wieczór prezentów (pakkjesavond lub Sinterklaasavond) Mikołaj osobiście rozdaje prezenty lub podrzuca je pod próg domu. Nie są podpisywane, bo to pewne, że pochodzą od niego. Holendrzy przykładają dużą wagę do pomysłowych opakowań, do każdego upominku dołączają również zabawne wierszyki. La Befana we Włoszech La Befana wygląda jak czarownica, lata na miotle, ma wielki nos i nierzadko ubranie ubrudzone sadzą. Pomimo wizerunku, który może wystraszyć, jej historia jest wzruszająca. Dotyczy ona Trzech Mędrców, którzy zmierzając do Betlejem zgubili się po drodze i poprosili o nocleg w losowo wybranym domu. Pomocy udzieliła im właśnie Befana, wysłuchała ich historii i celu wyprawy. Otrzymała nawet propozycję, by towarzyszyć Mędrcom w dalszej wędrówce. Odmówiła, tłumacząc się koniecznością wykonywania domowych obowiązków. Jednak kolejnego dnia zmieniła zdanie i postanowiła dogonić Trzech Mędrów. Niestety bez znajomości astrologii nie była w stanie dogonić ich, ani trafić do Betlejem. Do dzisiaj poszukuje Dzieciątka, a co roku w nocy z 5. na 6. stycznia lata na miotle po całym świecie. Nie udaje jej się znaleźć Jezusa, ale w zamian za to obdarowuje inne grzeczne dzieci upominkami, a niegrzeczne węglem, czosnkiem lub cebulą. Nadal liczy na to, że wrzucając niespodziankę przez komin, trafi właśnie na Jezusa. Reyes Magos w Hiszpanii W Hiszpanii grzeczne dzieci odwiedzają trzy wesołe postacie – Trzej Królowie: Kacper, Melchior i Baltaraz, czyli Reyes Magos. W związku z tym prezenty rozdawane są nie 6. grudnia, a 6. stycznia. Kilka dni wcześniej dzieci piszą listy do swojego ulubionego z trzech Króla, w których opisują swoje marzenia na tegoroczne prezenty. W noc 5. stycznia maluchy zostawiają dla nich słodycze oraz siano dla wielbłądów. Prezentów rano szukają w butach, które przez całą noc czuwają w widocznym miejscu. Niegrzeczne dzieci zamiast prezentów dostają „un trozo de carbon”, czyli kawałek cukru przypominający bryłę węgla. Dziadek Mróz w Rosji Co roku w dzień Nowego Roku Dziadek Mróz wraz ze swoją wnuczką Śnieżynką zaczynają obdarowywanie dzieci prezentami. Postać ta powstała w okresie istnienia Związku Radzieckiego, jako świecki odpowiednik Świętego Mikołaja. Dziadek Mróz porusza się po ziemi, owinięty jest szatą w kolorze czerwonym, niebieskim lub srebrnym. Przepasany jest sznurem, a jego siwa broda nierzadko sięga aż do kolan. Do domu nie wchodzi przez komin, a przez drzwi. Mieszka w mieście Wielki Ustiug, cieszy się ogromną popularnością, co potwierdza liczba listów, jaka do niego spływa. W latach 2003 – 2010 do miejscowego urzędu pocztowego przyszło ponad dwa miliony listów z Rosji i całego świata. Weihnachtsmann w Niemczech Niemiecka tradycja związana ze Świętym Mikołajem niewiele różni się od polskich zwyczajów. W większej części Niemiec za prezenty odpowiedzialny jest po prostu Weinachtsmann, wyjątkiem jest zachodnia i południowa część kraju, gdzie prezenty przynosi Christkind, czyli Dzieciątko Jezus. Prezenty trafiają do dzieci 6. grudnia. Ulubiona postać maluchów zostawia je w butach przed drzwiami albo w specjalnych skarpetach. W Wigilię natomiast prezenty wykładane są na stół. Mikołajowi pomaga Krampus (pół koza, pół demon) albo Knecht Ruprecht (tradycyjny pomocnik Świętego Mikołaja). Są oni odpowiedzialni za karcenie niegrzecznych dzieci, jedynym prezentem jaki można od nich dostać jest rózga. Christkind w Austrii Christkind przynosi prezenty pod choinkę zgodne z życzeniami, które piszą w listach dzieci. Co ciekawe w Austrii rzeczywiście istnieje adres, na jaki wysyła się świąteczne listy. Podobnie jak w Niemczech, Święty Mikołaj ma swojego pomocnika. Nie wygląda on przyjaźnie, odziany jest w futrzane kaftany, wystrugane z drewna strasznie pomalowane maski i potężne rogi, baranie lub kozie. Krampus, bo to właśnie on straszy mieszkańców regionu, odpowiedzialny jest za ukaranie niegrzecznych dzieci. Obdarowuje je rózgami, a jego przerażający wygląd ma zmotywować maluchy do lepszego zachowania. Jak Mikołaj nazywa się w innych krajach Europy? Portugalia – Pai Natal Francja – Pere Noel Wielka Brytania – Father Christmas Irlandia – Daidi na Nollag Turcja – Noel Baba Estonia – Jouluvana Finlandia – Joulupukki Szwecja – Jultomten Święty Mikołaj nie jedno ma imię i nie jeden ma wizerunek. Jedno jest pewne, nie ma dziecka na świecie, które nie czekałoby na zbliżającego się wielkimi krokami Świętego Mikołaja. Może w tym roku odwiedzi nie tylko dzieci?
Nagłe zwroty akcji, trzymające w napięciu i pełne emocji śledztwo już od 25 kwietnia na kanale FOX. To wszystko za sprawą nowego serialu kryminalnego Cała prawda o Pam. W tytułowej roli widzowie zobaczą Renée Zellweger, która wciela się w postać morderczyni z amerykańskich przedmieść. Historia oparta jest na prawdziwych zdarzeniach. Serial Cała prawda o Pam to sześć odcinków, w których widzowie poznawać będą historię prawdziwej zbrodni sprzed lat. 27 grudnia 2011 roku w spokojnym amerykańskim miasteczku zamordowano Betsy Farię. Śledczy od razu zakładają, że zbrodni dopuścił się jej mąż, który zostaje skazany i trafia za kratki. Jednak brakuje dowodów na jego winę. Wiele wskazuje natomiast, że winną jest przyjaciółka Betsy – właśnie Pam Hupp. Tytułowa bohaterka jest miłą, niewyróżniającą się matką i żoną. Jak to możliwe, że spokojna kobieta, której sąsiedzi nigdy nie posądziliby o coś złego, dopuszcza się morderstwa? Serial ukaże nie tylko motyw zbrodni. Pełna zwrotów akcji i nieoczywistych sytuacji produkcja z pewnością dostarczy widzom sporo emocji. Sprawa Pam Hupp od wielu lat jest komentowana w Stanach Zjednoczonych. Kilkukrotnie omówiono ją w programie telewizyjnym – Dateline NBC. Stacja wyprodukowała również kilkuodcinkowy podcast, w pełni poświęcony sprawie Hupp, który cieszył się niezwykłą popularnością. Nic dziwnego – w końcu tytułowa bohaterka jest zwyczajną kobietą, której nikt by nie podejrzewał o dokonanie zbrodni. Jak pokazuje historia – pozory mogą mylić, a za zamkniętymi drzwiami często dzieją się rzeczy, które nie przyszłyby do głowy. W serialu – oprócz wspomnianej już Renée Zellweger w roli Pam Hupp – występują również Glenn Fleshler jako Russ Faria, Josh Duhamel jako Joel Schwartz, Judy Greer jako Leah Askey, Gideon Adlon jako Mariah Day, Sean Bridgers jako Mark Hupp, Suanne Spoke jako Janet oraz Mac Brandt jako detektyw McCarrick. Cała prawda o Pam od 25 kwietnia na FOX. Emisja nowego odcinka w każdy poniedziałek o 22:00. Źródło: FOX
Miało być pięknie, a wyszło jak zawsze. Rozpoczął się wyścig, kto najbardziej skorzysta na dopłatach dla dzieci! Która rodzina jest najliczniejsza i zdobędzie największe dofinansowanie? Kto ma dostać pieniądze – matka wychowująca dziecko, czy ojciec, który płaci alimenty? Rodzice zabierający z domów dziecka dawno nie widziane potomstwo. Przerażające? "Wysoki Sądzie!" Tak rozpoczynają się listy do sądów rodzinnych, w których "alimenciarze" uprzejmie donoszą, że skoro matka/ojciec dostanie od państwa 500 zł, to oni mogą płacić teraz mniej. Doprowadza to do sytuacji, że program mający wspierać dzieci, nagle zacznie wspierać tych rodziców, którzy pozostawili dziecko. (!) Wszystko zaczęło się od decyzji sądu w Rzeszowie. Sędzia prowadzący sprawę o alimenty, nie zasądził żądanej kwoty, argumentując, że "matka może złożyć wniosek o przyznanie świadczenia w ramach programu 500+". W ten sposób niektórzy chcą się wymigać od płacenia pieniędzy na własne dziecko (!). Ministerstwo Sprawiedliwości zareagowało dość szybko na zaistniałą sytuację, każąc od maja raportować o tych rodzicach, którzy starają się o obniżenie alimentów. Przeczytaj także: Co zrobić kiedy ojciec nie płaci na dziecko? Mniej dzieci w domach dziecka? Trudno jednoznacznie stwierdzić, jakimi pobudkami kierują się rodzice nagle zainteresowani swoimi dziećmi przebywającymi w placówkach opiekuńczych. Czy dodatkowe pieniądze dodały im pewności, że dadzą sobie teraz radę w ich wychowaniu, czy też liczą po prostu na szybki zysk, który niekoniecznie spożytkują na dziecko? Jedno jest pewne, wielu rodziców, którzy od lat nie interesowali się potomstwem, nagle pojawiło się w domach dziecka. Sądy czeka teraz oblężenie, bo to one będą musiały dokonać selekcji i rozpoznać, kim kierują jakie motywy. Jeżeli część dzieci trafi do domów, to pod warunkiem, że nie będzie im się tam działa krzywda, będzie to duży sukces. 5500 tys. dla rodziny z Jaworzna Każdy kto powie: "Ile oni dostaną? Dlaczego tak dużo?" niech zastanowi się dwa razy. Ta rodzina zajmuje się 18 dzieci, z czego na 11 uzyskała pomoc. Kwota 5500 tys. na pewno będzie pomocna, ale nie oszukujmy się, każdy kto ma dzieci wie, ile kosztuje ich wychowanie. Ubrania, środki czystości, rachunki domowe, artykuły spożywcze, to tyko część ogromnego obciążenia finansowego wielodzietnej rodziny. Dużo ważniejsze od kwestii – ile?- jest pytanie, na co przeznaczą pieniądze? Czy będą to artykuły pierwszej pomocy, czy też dobra, na które wcześniej nie było ich stać? Nauka języków obcych, kursy pomagające znaleźć pracę, wczasy, czy wyjście do kina/teatru. Cudowne byłoby, gdyby dzięki tym pieniążkom dzieci poznawały świat, uczestniczyły w wydarzeniach kulturalnych, co niewątpliwie pokazałoby im lepszy świat i możliwości. Zobacz także: Jakie zniżki obiecuje minister rodzinom wielodzietnym? Program 500+ niesie za sobą wiele emocji. Tylu ilu jest zwolenników, znajdzie się i przeciwników. Najważniejsze w całym tym zamieszaniu jest jednak to, jak pieniądze będą inwestowane przez rodziców i czy dziecko w jakikolwiek sposób odczuje ich przypływ. Zapoznaj się także: 500 plus= alimenty minus!
Wiedzieliście, że 17 lutego obchodzony jest Światowy Dzień Kota? Ja prawdę mówiąc nie wiedziałam, ale skoro już mamy to radosne święto, to jest to idealny moment, aby napisać o przecudnym kocim miasteczku, które podbiło nasze serca w tureckiej nadmorskiej Alanyi. Poza "jestem królem świata"- tak charakterystyczna dla kotów :-) Ławka w kocim miasteczku w Alanyi. Pomnik kota w parku w Alanyi O tureckiej miłości do kotów pisałam już TUTAJ, więc istnienie specjalnego miasteczka dla futrzaków nie było szczególnym zaskoczeniem. Mieści się ono w bardzo ładnym parku, niedaleko portu w Alanyi i składa się z całego szeregu kocich domków, budek, drapaków i zabawek przeznaczonych specjalnie dla tych stworzeń. Posiada ono też specjalny regulamin i jest pod nadzorem kamer, aby nikomu nie przyszły do głowy jakieś głupie pomysły zniszczenia domków albo zrobienia krzywdy zwierzakom. Przy okazji jest to miejsce, w którym chętnie spacerują turyści, bo koty opanowały tutaj cały park, ufnie podchodzą i domagają się pieszczot, a jednocześnie ustawiają się w malowniczych pozach do zdjęć. Z tego, co udało mi się wyczytać, to takich kocich miasteczek jest w Turcji kilka i wszędzie cieszą się dużą życzliwością lokalnej społeczności (i wzbudzają ogromny entuzjazm turystów). Kocie wille Zabawki i ogromna kuweta muszą być! Wyrafinowany regulamin dla odwiedzających Nie dosyć, że fajne domki, to jeszcze niezłe żarcie! Po jedzeniu pora na pieszczoty Zabawy w grupie Odpoczywam- nie zawracać głowy! A jeśli już mowa o kotach w Alanyi- bezczelność tych stworzeń jest wręcz niebotyczna. Z fascynacją obserwowaliśmy scenkę na plaży, gdzie pojawił się jeden z futrzaków i zaczął dopraszać się o dokarmianie. Starannie wybrał najsmaczniejsze kąski z zaoferowanych kanapek, po czym postanowił skorzystać z plaży jak z wielkiej kuwety, a na końcu z miną króla zaczął prowadzić obserwację terenu. I jak tu nie kochać tych stworzeń? Zobaczmy co tutaj oferują.... No, może być.... Ta plaża jest moja!!!
cała prawda o miasteczku